Wycieczka w Tatry Zachodnie



Początek roku szkolnego w większości szkół jest czasem wycieczek klasowych, integracyjnych czy krajoznawczych. Również w naszej szkole pojawiła się możliwość wyjazdu w pierwszym tygodniu października, z której to chętnie skorzystała klasa 2A. Na zaproponowaną przez naszą wychowawczynię – Panią Danutę Szaniawską – wycieczkę pojechało aż jedenastu uczniów (tylko sześciu zdecydowało się zostać w Warszawie). 


Wyjechaliśmy w poniedziałek (3 października) wieczorem. Po zbiórce na Dworcu Zachodnim i męczącej, nocnej podróży autobusem przesiedliśmy się do busa, którym dojechaliśmy do granicy Tatrzańskiego Parku Narodowego, skąd poszliśmy do oddalonego o kilkanaście kilometrów schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Na tym jednak dzień się nie skończył - zdążyliśmy tylko coś zjeść, przepakować się, zostawić niepotrzebne rzeczy w pokojach i już ruszaliśmy zdobywać nasz pierwszy dwutysięcznik - Wołowiec.


Trasa dnia pierwszego była dość spokojna, ale i tak wspięliśmy się na wysokość około 800 m n.p.m.  (względem schroniska). Po powrocie do schroniska na Chochołowskiej Polanie zjedliśmy obiadokolację, obejrzeliśmy film („Był sobie chłopiec” - świetny, polecam!), po czym uderzyliśmy w kimono. Jak się później okazało, było przed czym odpoczywać.



Środa okazała się być najtrudniejsza - Trzydniowiański, Kończysty i Starorobociański Wierch wcale nie są najłatwiejszymi górami dla taterników-amatorów... Skończyło się na tym, że w połowie drogi podzieliliśmy się na dwie grupy - maruderów wracających do schroniska najszybciej jak się da oraz tych  wytrwalszych, którzy ruszyli śmiało dalej. Jak się później okazało, zdobyty przez nas Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.) jedynie dla Pani Profesor Szaniawskiej oraz jednego z uczniów (nie licząc oczywiście naszego przewodnika z TOPR-u Pana Andrzeja Miklera Smile) nie był życiowym rekordem. Wracaliśmy z tarczą - zdobyliśmy szczyt. Ale dopiero obiadokolacja i długi sen w schronisku zdołał do końca wyleczyć naszych chłopaków z myślenia o swoich odciskach i zakwasach.



Czwartek to trasa odwrotna do tej z pierwszego dnia - ze schroniska do granicy Parku, potem busem do Zakopanego. No i zwiedzanie. Na szczęście Krupówki minęliśmy jedynie po drodze, Willa „Koliba” (Muzeum Stylu Zakopiańskiego) okazała się o wiele ciekawsza (chociażby za sprawą ochraniaczy na obuwie...). Następnie tradycyjnie obiad za tradycyjne już 25 zł na łebka i biegiem na pociąg.



Wróciliśmy do internatu w piątek nad ranem. Zmęczeni, ale szczęśliwi... trafiliśmy akurat na poprawę z "Potopu". Na szczęście udało się ją przełożyć...


Galerię zdjęć z wyjazdu można znaleźć na fanpage AMLO na Fb.


Jakub Niewiarowski, kl. II A