Spływ kajakowy Liwcem



Był 13 czerwca. Dzień jak każdy inny. Nie za słonecznie, nie za ciemno, niezbyt gorąco, nie za zimno. Nie za sucho i... no właśnie, niestety nie za sucho. Słowem – rutyna.  Ale nie dla nas... W godzinach popołudniowych, po niezbyt rzewnym pożegnaniu ze szkołą, wyruszyliśmy na spływ rzeką Liwiec. Skład ekspedycji przedstawiał się następująco: Pan dyrektor Tomasz Kowalczyk, nasz wychowawca - Pan Artur Fijałkowski oraz Jego 8 podopiecznych: Agata, Ania, Igor, Olek, Norbi, Maciek N. i dwa Janki. Z początku wydawało się, że spływ zacznie się już na ulicy Dewajtis, ale stopniowo rozpogodziło się.

Po to aby za chwilę znowu się rozpadać. Wtedy po raz pierwszy wytoczyliśmy działa. Po kilku seriach typu „Przychodzi baba do lekarza...” deszcz, trawiąc gorycz porażki, wywiesił białą flagę. Wysłał jeszcze na nas kilka podjazdów, które po prostu ususzyliśmy. W ten sposób, za przewodnictwem Agaty, udało nam się dotrzeć na Dworzec Wileński. I wtedy zobaczyłem JĄ. Niewysoką, zgrabną, lśniącą, choć niezbyt atrakcyjną fizycznie budkę z hamburgerami. Jak mało kto potrafiła ona umilić nam czas oczekiwania na autokar.



Wszystko wskazywało, że będzie fajnie. Wysadzono nas na pustkowiu, był trzynasty, a nasze bagaże zabrała furgonetka z napisem „Nagrobki”. Na szczęście rok, a w niektórych przypadkach cztery lata chodzenia ulicą Dewajtis, nie poszły na marne i trzy kilometry dzielące nas od wsi Kamieńczyk pokonaliśmy bez trudności. Skład drewna, miejsce na ognisko, stolik, ławeczki, huśtawki i duuużo trawy do rozbicia namiotów – posiadłość kościelna była niczego sobie. Potem wzięliśmy się do roboty: twórczo huśtaliśmy się na huśtawkach, pracowicie leżeliśmy na trawie i konstruktywnie przegapiliśmy Mszę Świętą (poza czujnymi opiekunami).



Po rozbiciu namiotów przyszedł czas na kolację – kanapki z podróży. Powiedziałbym, że były świeże, gdyby nie to że chwilę później niektórzy z nas widzieli obsadzone murawą boisko do koszykówki. Ponadto podczas wieczornego spaceru widziałem zająca, którego nie widział nikt inny. Przekonywałem, pokazywałem go palcami, ale kiedy zapadła niezręczna cisza i poczułem na sobie troskliwe spojrzenia kolegów, dałem za wygraną. Spacer ogólnie był ok. Podążaliśmy za Panem dyrektorem wąską ścieżką wzdłuż brzegu Bugu, podziwiając efekty działania bobrów. Jednego z nich udało mi się zastrzelić z aparatu przy pracy. Nawet ładne miał te ząbki, tylko ciut przykrótkie... Potem była karuzela, a co dalej, nie pamiętam. Żartuję, nie wsiadłem na to ustrojstwo. Ale znaleźli się śmiałkowie… W ten sposób wróciliśmy do punktu wyjścia. Przedtem tylko Olek głośno ogłosił „Dekalog Miłości” umieszczony na tablicy przed kościołem.



Jakiś czas później płonęło już ognisko. Nie cieszyło się ono jednak dłuższym zainteresowaniem i po nocnym prysznicu ze szlaucha zabawa przeniosła się pod namioty. Na początku była ona głównie straszeniem Janka na zgoła nietuzinkowe sposoby. Potem nastąpiło regulowanie pogody na czwartek. Kwintesencją betonowej parady był dżołk o musze. Nasz namiot tak ryczał, że cudem chyba nie obudziliśmy śpiącego już od dawna nauczycielstwa. Nie przytoczę, bo ocenzurowany nawet w małym stopniu, przestaje być śmieszny. W każdym razie wszystkie komary w okolicy odwodniły się i uschły w powietrzu.


Obudziliśmy się. Strasznie niewyspani. Po prywatnej Mszy Świętej o godzinie 8:00 i dobrym śniadaniu spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę. Było nas już piętnaście osób – dołączyli: Ignacy, bez którego Olek by się przecież nie ruszył, pełen życia i energii instruktor oraz ratownik, który też okazał się równym gościem, zwłaszcza że był w Sharm el Sheikh i interesuje się nurkowaniem. Fakt, że w Liwcu sobie niestety nie ponurkował – rzeka jest wyjątkowo płytka (przeważnie od 40 do 150cm), a co za tym idzie, do ratowania też raczej nie było okazji. Tak czy inaczej busem dojechaliśmy  w okolice Kalinowca, gdzie Panowie udzielili nam wielu wskazówek i potrzebnych informacji. Dla zasady zapakowaliśmy bagaż w worki (wszystko miało płynąć z nami). Było to zbędne, bo 20% worków na wejście było dziurawych, kolejne 30% nabyło ubytków podczas napełniania, a o pozostałe 50% skutecznie „zatroszczył się” zgrany zespół – ciasny kajak i jego ostre krawędzie.



Wodowaliśmy. Prócz p. instruktora, p. ratownika, p. dyrektora oraz Igora nikt nie miał wcześniej na większą skalę do czynienia z kajakami. Toteż na początku szło ciężko. Każdy kajak zdawał się szeptać: „Ty, który tu wsiadasz, żegnaj się z nadzieją”. Każde zarysowanie konstrukcji wydawało się być nacięciem, sporządzonym przy użyciu scyzoryka w ostatniej chwili życia przez któregoś z naszych poprzedników. Kłopoty były szczególnie z wyrabianiem się na zakrętach. Ale po kilkunastu kilometrach już dobrze nam szło. Płynął więc kajak dyrektorski – z p. Kowalczykiem z tyłu i p. Fijałkowskim z przodu, kajak bagażowy Maćka, Ania i ja, Agata z Igorem, Olek z Ignacym oraz Norbi i Janek.. Z tyłu profesjonalnie błyszczała zieleń jedynki instruktora, a pan ratownik pływał w tę i z powrotem po całej długości ociężałego konwoju. A może po prostu wyluzowanego.



Najniebezpieczniejszym punktem na drodze okazał się most kolejowy w Urlach. Podobno jest tam najgłębszy fragment rzeki (do 4 m), urozmaicony na dodatek kołkami, kamieniami, szkieletami poległych kajakarzy i wszystkim innym, o czym nie chcielibyście nagle przekonać się, że stuka od dołu w dno waszego kajaka. Instruktor i ratownik, rzecz jasna, rzucili się pod most z zapałem Olka jedzącego Nutellę. Pozostał jednak jeden problem. Ktoś musiał pełnić funkcję niezdary, która po kryjomu wpakuje się w filar i utonie. Świadomi tej rzeczywistości, dzielnie przenieśliśmy w pełni załadowane kajaki lądem przez około 100 m, po drodze pokonując rzeczułkę i uszczęśliwiając głodujące pijawki.



W celu przenocowania zatrzymaliśmy się na sympatycznej polance. I tu po raz kolejny okazaliśmy się wspaniałymi dawcami krwi. Wciągnęliśmy kajaki do lasu  i przypominając ruchome knajpy dla małych wielbicieli płynów ustrojowych, rozbiliśmy namioty. Net Bielecki powiedział kiedyś: „Jest piękny, letni wieczór, a komary wielkości bawołów same otwierają sobie okna, spragnione twojej krwi.”  Był blisko.

Tego dnia odbyliśmy w trójkę – jedyną podczas wyjazdu – kąpiel w Liwcu. Po całym spoconym dniu wskoczyć w zimne wody rzeki – to jest orzeźwienie!



Jakiś czas później z Ignacym i Olkiem poszliśmy przenieść bagaże do namiotów. Było już dość ciemno. Pierwszy szedł Ignac. Nagle stanął. Między kajakami leżał żul. Nieco workowaty jegomość drzemał sobie spokojnie oparty o burtę jednego z kajaków. Po chwili przyszedł Pan wychowawca, pośmialiśmy się trochę, po czym Olek sprzątnął żula w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak tego dokonał – wiedzą wtajemniczeni.


Wieczorne ognisko przypomniało nam jak wspaniałą zabawą jest głuchy telefon. Z powodu publicznego charakteru tej relacji, szczegóły dotyczące zabawy nie mogą, niestety, zostać ujawnione.  


Następnego dnia wstaliśmy około 9:15. W nocy i rano padał deszcz, ale większość naszej załogi wydawała się nie składać z cukru, toteż poza pewnym denerwującym stabilizatorem na nogę, nieopatrznie zostawionym na zewnątrz, chyba nikt się nie rozpuścił. Jeden z uczestników, którego nazwiska nie ujawnię, wspomnę tylko, że zaczyna się na „Maciek”, znakomicie poradził sobie z rozstawieniem plandeki nad naszą prowizoryczną kuchnią (z nieocenioną pomocą Pana dyrektora). Śniadanie zjedliśmy po szlachecku. Nutella z dżemem i poziomkami. Bez chleba – jego rolę pełnił ten pierwszy składnik. Naprawdę! Błagam, czy od początku tego tekstu choć raz sobie z czegoś zażartowałem?... No właśnie, więc teraz też mówię serio.



To, co teraz napiszę, może niezupełnie zgadzać się z poglądami niektórych uczestników spływu, ale piątkowy odcinek trasy pokonaliśmy bez żadnego zmęczenia. Tak  jakbyśmy urodzili się w kajakach.. Daremnie również liczyłem choć na odrobinę wysiłku. Mimo że Ania solidarnie przez całą drogę powstrzymała się od wiosłowania, nie udało mi się ani trochę zmęczyć. Nie wiem, czy od początku było to w planach, ale wpadliśmy do Bugu, gdzie połączyliśmy się w pięcio-kajakową tratwę. Czytelniku, obudź się, jeszcze tylko chwileczka. Po tej znacznie szerszej rzece płynęliśmy jeszcze kilkaset metrów, po czym wyciągnęliśmy kajaki po dość stromym wybrzeżu. Na PKS trzeba było iść spory kawałek, ale czas upłynął nam między innymi na układaniu konceptu do melodii:  „Co się stało z naszą klasą” (piosenka o 1a).


Tak zakończył się pierwszy (i mamy nadzieję, że nie ostatni) spływ kajakowy klasy 1. Pokonana odległość to około 35 kilometrów. Wliczając mniejsze odpoczynki, w sumie na wodzie spędziliśmy 8 godzin i 24 minuty. Trasa całej wycieczki: Dewajtis → Praga → Kamieńczyk (tramwaj, PKS, pieszo) → Kalinowiec (busem) → Kamieńczyk (kajakami) → Praga → Dewajtis (pieszo, PKS, tramwaj). Mam nadzieję, że w tym czasie inne klasy też się świetnie bawiły. Żałujcie, że Was nie było!


alt


Szczególne podziękowania dla:

  • Pana Boga za pogodę,
  • Pana Kowalczyka i Pana Fijałkowskiego za organizację oraz koordynację,
  • Pana Tomasza Malinowskiego oraz pana Krzysztofa za instruktaż i opiekę,
  • Księdza Kazimierza Sztajerwalda – proboszcza parafii w Kamieńczyku – za odprawienie dla nas Mszy Świętej oraz udostępnienie posesji,
  • Wszystkich z nas, którzy pomogli organizować spływ.



Tekst i zdjęcia: Jan Jastrzębski, kl. I A.



Pełna wersja tekstu dostępna jest u Autora.